Edukacja głupcze, edukacja

Radosław S. Czarnecki, Wrocław

Gdy Bill Clinton rozpoczynał swą pierwsza kadencję jako 42 Prezydent USA, w owalnym gabinecie kazał powiesić takie oto hasło: gospodarka głupcze, gospodarka. Baner ów miar zwracać mu uwagę kilkanaście razy dziennie na zasadniczy cel  mający stanowić  clou  jego  prezydentury. Podobnie nam, adherentom i animatorom  idei „Porozumienie dla V RP” winno przyświecać niezmiennie i jasno postawiona dewiza: edukacja głupcy, edukacja.

Marzenia zawsze zwyciężają rzeczywistość, kiedy się im na to pozwoli.

Stanisław  Lem

26.01.1959 roku Aldous Huxley wygłosił z pozycji humanisty i myśliciela, jakbyśmy dziś powiedzieli – uczonego interdyscyplinarnego, wykład na sympozjum zorganizowanym przez wydział medyczny Uniwersity of California w San Francisco   znany później pod tytułem „Ostateczna rewolucja”. Przywołując to odległe wydarzeni chodzi mi nie o treści owego wystąpienia, choć one na pewno mimo upływu lat mogą być w polskiej przestrzeni publicznej inspirujące (z racji nadal królującej tu konserwatywnej i tradycjonalistycznej retoryki) zwłaszcza jeśli chodzi o rozważania na temat wolności jednostki, ale o rys związków między literaturą, sztuką i najszerzej pojętą humanistyką z jednej strony, a specjalistyczną i wąsko pojmowaną nauką z drugiej. Huxley odwołuje się do Isaiaha Berlina, który w swym eseju pt. „Jeż i lis”  daje taką oto wykładnię dwóch sposobów patrzenia na świat, na procesy w nim zachodzących, a tym samym i na ludzi: „Lis wie wiele rzeczy, ale jeż jedną acz niemałą”. Przebiegły lis zna mnóstwo rozmaitych sztuczek i forteli, lecz jeż potrafiąc się zwinąć w kłębek odstrasza lisa. Jest  to – z punktu widzenia klasycznie liberalnego punktu widzenia, którego Berlin był szacownym przedstawicielem – pochwała zarówno specjalizacji jak i natychmiastowej skuteczności.

Nie deprecjonując zasady skuteczności jeża – która winna nam w działaniach na rzecz V RP przyświecać (choć w sferze edukacji efekty możliwe do osiągnięcia są rozłożone i liczone w wymiarze wielu  lat, o ile nie dekad) – zwróćmy uwagę na lisa. Zna on wiele sztuczek, wiele dróg do celu (może i powierzchownych, ale w ilości tkwi czasami siła), ma wiele pomysłów na realizację swych planów.

Wielokierunkowość, zwłaszcza w naszym wypadku, jest zagadnieniem niezwykle pożądanym. Znamy diagnozę zapaści polskiego życia tak intelektualnego (które ugrzęzło w konserwatyzmie, post-sarmackim i kontrreformacyjnym bagnie małości, zaściankowości, przaśności i obskurantyzmu) jak i publicznego. To wszystko zaczyna się m.in. od braków edukacyjnych, stereotypowego myślenia opartego o konserwatywny i tradycyjnie pojmowany wizerunek człowieka oraz taki też model nauczania. Tu  istnieją dwie zasadnicze przyczyny takiego stanu rzeczy, które należy przezwyciężyć. Ale – powtarzam to po raz kolejny – to projekt na lata o ile nie na dekady.

Te dwa aspekty generujące ową sytuację to: znaczenie i rola Kościoła katolickiego oraz jego nauki w polskim życiu publicznym jak również nad-reprezentacja mitomanii, romantycznego spojrzenia na naszą historię, fantomowy heroizm i kult tzw. godnej porażki, honorowej śmierci. I problem tkwi nie tylko – choć jest bezpośrednio generowany przez ten czynnik – w nadmiernej, anty-modernistycznej i absolutnie odbiegającej od cywilizowanych, europejskich standardów w tej mierze roli i znaczeniu jednej instytucji religijnej w polskim życiu publicznym.

Mówiąc o Kościele rzymsko-katolickim, jego roli i wpływie na funkcjonowanie państwa, administracji centralnej i samorządowej, lokalnej (gmina), ale przede wszystkim o cieniu jaki rzuca na całość naszego życia publicznego mam na myśli właśnie tę nieformalność jego wpływów. Nie dość iż jest to instytucja sama w sobie – w skali międzynarodowej – opresyjna, tradycjonalistyczna i niezwykle konserwatywna, niosąca tym samym swoim przekazem takie same treści (o masowych przestępstwach natury obyczajowo-finansowo-politycznej nie wspominając bo jest to ostatnimi laty powszechnie znane), to polski, lokalny Kościół rzymski jest ultra-tradycjonalistyczny, hiper-konserwatywny, opresyjny i anty-modernistyczny w dwójnasób wobec postawy centrali watykańskiej.

Problem polskiego zapyzienia, konserwatyzmu (ale w nie dzisiejszym wymiarze co pod tym terminem rozumie cywilizowany świat), prowincjonalizmu czy nawet – post-feudalnej mentalności tkwi właśnie w edukacji, heroizującej w stylu XIX wiecznego romantycznego patriotyzmu (z którego rodziły się tak niebezpieczne trendy jak nacjonalizm, szowinizm czy wreszcie – faszyzm) dzieje Polski i Polaków, a nauki Kościoła w Polsce i przekaz realizowany przez funkcjonariuszy tej instytucji owe negatywne cechy doskonale utwierdzają.      Czyli wszelkie działania w celu minimalizacji, osłabiania, w efekcie – eliminacji owego źródła, muszą przebiegać wielotorowo. Wzorem tu winien być lis Berlina.

Eliminację z polskiego systemu nauczania wpływów Kościoła – bezsprzecznie zacząć wypada od wyrugowania katechizacji, która jest indoktrynacją, a nie żadną nauką religii, ze szkół do pomieszczeń związanych z instytucjami kultu religijnego  – winno się podnosić jako jedno z podstawowych zadań edukacji dzieci i młodzieży w V RP.

Alternatywą, humanizującą i otwierającą światopogląd dzieci i młodzieży na „inność” powinno być wprowadzenie świeckiego religioznawstwa do systemu edukacyjnego. Dobre acz nie do końca zrealizowane z obiektywnych przyczyn przygotowania w tej mierze poczynione zostały już w końcu lat 80-tych ub. stulecia. Od  tego zmiany w polskim systemie nauczania winno się zaczynać. Wtedy kolejne pokolenia Polek i Polaków mogą być  wychowywane, edukowane  nie „wsobnie”, nie z religijną uniżonością i predylekcją do autorytaryzmu i autokracji, ale w kontekście historycznym, politycznym, w perspektywie tzw. „ducha danej epoki”. Czyli – ewolucyjnie. I dotyczyć to winno tak literatury, historii, zagadnień społecznych jak i elementów filozofii, politologii czyli najszerzej pojętej współczesnej humanistyki.

Ten konserwatywny i tradycjonalistyczny rys nadwiślańskiego nauczania kładzie dziś nacisk na walkę i „heroiczną śmierć”, która jest religijnie uzasadniana ofiarą Jezusa (ta paralela jest może nie podnoszona bezpośrednio lecz jej wymiar „błądzi po opłotkach” owej religijno-narodowej narracji), a nie na codzienne życie i kult „tu i teraz”, doczesności naszego bytu będącego jedynym i niepowtarzalnym fenomenem, wiąże się bezpośrednio z nad-reprezentacją najszerzej pojętej nauki katolickiej w polskim życiu publicznym.

Od czego zacząć zapyta ktoś? Ano od literalnego egzekwowania konkordatu. LITERALNEGO. Są tam zapisy martwe a dotyczące głównie obowiązków i pozycji Kościoła w naszym państwie. Polska abdykowała wobec tej instytucji z wielu względów: konserwatyzmu i tradycjonalizmu polityków, serwilizmu, infantylizmu czy potrzeby (iluzorycznej) poparcia politycznego (bo tak to wygląda w praktyce) tej instytucji. Chodzi o silę agitacji i wydźwięk instrukcji przekazywanych z ambon.

Docelowym działaniem V RP winna być renegocjacja konkordatu  aż do jego wypowiedzenia (obustronnego, gdyż jest to umowa międzynarodowa, między podmiotami prawa międzynarodowego i należy to czynić w duchu obowiązującym w tej płaszczyźnie).

Kolejny, zasadniczy etap zmian w nauczaniu i systemie edukacyjnym V RP winien iść w kierunku powolnej acz skutecznej eliminacji przewag romantyzmu nad pozytywizmem. To jest  konieczność we współczesnym świecie. Epoka była to może i piękna, uduchowiona, ale promująca irrealne idee i niosąca sobą wiele niebezpieczeństw (co udowodniła historią).  Z tytułu braku w naszym kraju epoki – która przeorała społeczeństwa zachodnio-europejskie w sposób dogłębny – zwanej Oświeceniem (i wszystkiego co z nim się wiążę) i poprzedzającej ją Reformacji nadrabianie tych braków musi iść niejako „od góry”.

W Polsce Reformacja i Oświecenie, te główne modernizujące świadomość społeczeństw zachodnich czasy, na Ziemiach Polskich ugrzęzły z tytułu przewag Kościoła katolickiego w oparach Kontrreformacji, która de facto trwa u nas nadal (dziś jest to proces przybierający na sile). Widzimy dokładnie, iż kontrreformacyjny, jezuicki w wymiarze XVIII-wiecznym, model edukacji i wychowania dziś jest realizowany przez MEN pod „światłym” kierownictwem Anny Zalewskiej w najlepsze, będąc jednak kontynuacją trendów zapoczątkowanych w edukacji wcześniej (choć może nie z taką swadą i zacietrzewieniem). A wiemy czym tzw. „jezuityzm” (nieodłączne ramię Kontrreformacji) się w I RP „zasłużył” i do czego doprowadził.

Na zakończenie warto poświęcić słów kilka edukacji szerzej rozumianej, edukacji „ku społeczeństwu obywatelskiemu”. Mimo ponad ćwierćwiecza demokracji w Polsce społeczeństwo obywatelskie nad Wisłą, Odrą i Bugiem jest w rachitycznym – jak widzimy – stanie. Edukacja społeczna, w związku z coraz bardziej opresyjnym, totalnie narzucającym jeden punkt widzenia świata, kultury, polityki, historii i wszystkich dziedzin życia,  systemem gotowanym kolejnymi etapami tzw. „dobrej zmiany” Polkom i Polakom, wymagać będzie zorganizowania paralelnego systemu społecznej edukacji oraz takiego przekazu informacyjnego. W związku z hejtem i fejkami masowo obecnymi w sieci, atakami na nie mainstreamowo-pisowskie portale społecznościowe należy zakładać swoje własne, pozostające w opozycji do „pro-platformerskich” czy „pro-pisowskich” mediów, prywatne, funkcjonujące na you-tube, komórki TV. I za takim pośrednictwem próbować edukować społeczeństwo, proponując mu racjonalno-realistyczną, modernizującą myślenie odtrutkę od mitomanii, fantasmagorii, historycznych legend i prostackiego idealizmu.

Pokazywać alternatywę wobec szerzonego heroizmu „pięknej śmierci”, pro-europejskość jako jedyną i modernizacyjną szansę dla naszego kraju. Kształtować pro-społeczne i pro-europejskiej postawy, rugować uprzedzenia i fobie wobec sąsiadów, jakie zatruwają świadomość wielu ludzi w naszym kraju itd. Bez takich prób nie wyjdziemy z zaścianka polskich lęków, fumów i mitów.

Edukacja – w najszerszym tego słowa znaczeniu – to jeden z zasadniczych problemów, który moim zdaniem winien nas, sygnatariuszy i zwolenników „Porozumienia dla V RP” mobilizować i pobudzać do myślenia, inicjatyw czy być zaczynem wielu dyskusji. Od tego zależy bowiem przyszłość Polski. Dostatecznie długo pozostającej na peryferiach – mentalnych, światopoglądowych – Europy i świata.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter