Bez dochodu podstawowego się nie obejdzie

Rafał Woś

Państwo dobrobytu to maszyna zdolna poważnie zahamować nierówności ekonomiczne. Ale ta maszyna działa dziś na mocno zwolnionych obrotach. Ożywić ją może tylko dochód podstawowy. Niekoniecznie bezwarunkowy.

Zmierzamy do końca pogłębionego czytania „Nierówności” Anthony’ego Atkinsona. Tym czytelnikom, którzy włączyli się dopiero w tym odcinku, zaleca się nadgonienie poprzednich siedmiu części (cykl na blogu autora).

Atkinsonowski obraz imponuje bowiem naprawdę dopiero wówczas, gdy zobaczyć go w całości. Tych, którzy zaś czytają już od pewnego czasu, proponuję dziś krytyczne spojrzenie na koncepcję współczesnego państwa dobrobytu. Zwłaszcza w bogatych krajach zachodnich.

Najczęściej mówimy „socjał” i wrzucamy do jednego worka wszystko, co się zdarzyło między Bismarckiem a współczesnością. Tymczasem nawet najnowsza historia państwa dobrobytu (choćby ta po II wojnie światowej) może zostać podzielona na kilka kluczowych faz.

Pierwszą z nich dałoby się nazwać „klasyczną”. To okres, gdy mechanizm zachodniego welfare state’u oparty był na ubezpieczeniach społecznych. Etat dawał nie tylko bezpieczeństwo materialne dziś (pensja) i jutro (emerytura). Ściągane w ten sposób środki finansowe pozwalały również rządom prowadzić aktywną politykę progresywnej przebudowy społeczeństwa.
To wówczas po obu stronach żelaznej kurtyny powstawały mniej lub bardziej powszechne systemy opieki zdrowotnej albo taniego mieszkalnictwa. Tak aby zdrowe i godne życie nie było jedynie przywilejem zamożnych. Powszechna publiczna edukacja (aż do poziomu uniwersyteckiego) miała być z kolei antidotum na dominację elitarnego szkolnictwa wyższego, która skutkowała potem monopolem klas wyższych na uczestnictwo w procesach politycznych albo administrację. To dlatego twórcy powojennego welfare state jak William Beverigde upierali się, że system ze swej natury nie może być oparty na kryteriach dochodowych. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.


Mniej więcej od lat 80. państwo dobrobytu zaczęło się jednak zmieniać. W czasach Reaganomiki i Thatcheryzmu triumfy święciło hasło „lepszego zaadresowania środków publicznych”. W myśl tej logiki pieniądze z państwa dobrobytu powinny trafiać tylko do najbardziej potrzebujących. Żeby nie było niedomówień, opakowane w formie pomocy społecznej. A uzyskane w ten sposób oszczędności winny być zaś przeznaczone na podatkowe obniżki albo wspieranie przedsiębiorczości.

W wyniku triumfu tej nowej logiki w postrzeganiu państwa dobrobytu zaszły ogromne zmiany. Z ambitnego i zakrojonego na szeroką skalę środka do progresywnej przebudowy społeczeństw welfare stał się „socjałem” – sposobem na wspieranie najbiedniejszych, żeby nie umarli z głodu. W efekcie klasa średnia utraciła zainteresowanie projektem, a beneficjentów systemu zaczęto stygmatyzować jako luzerów. Najmniej wartościowe elementy społeczeństwa żyjące na koszt zaradnych i pracowitych.

Po kryzysie 2008 r. przyszło częściowe przebudzenie. Do gry wrócił keynesowski argument, że państwo dobrobytu może odgrywać rolę bezpiecznika. Gdy go brakuje, społeczeństwa zaczynają pękać po liniach klasowych i rosną nierówności, co destabilizuje całą demokrację.

Problem polega jednak na tym, że od lat 80. zachodnie elity polityczne dopuściły globalizację i liberalizację rynków pracy tak daleko, że nie sposób zrealizować dziś prostego powrotu do „klasycznego” welfare’u. Dzisiejszy etat nie gwarantuje już bowiem tak stabilnego zatrudnienia jak w latach 60. Jeśli więc oprzemy na nim logikę całego państwa socjalnego, to będzie on fikcją. Trochę tak jak w ostatnich 15 latach w Polsce.

Dlatego żeby ożywić potężną, ale działającą dziś na zwolnionych obrotach maszynę welfare state, służącą (przypomnijmy) również do łagodzenia nierówności, trzeba wymyślić nową przekładnię. Jaką? Zdaniem Atkinsona jest nią koncepcja dochodu podstawowego. Pisze się o nim dziś wiele. Jest nawet kilka eksperymentów praktycznych (Finlandia, Włochy, Holandia). Wszędzie uzasadnienie jest takie, że to już nie jest ciekawa fanaberia. Tylko konieczność, bez której państwo dobrobytu będzie coraz bardziej nieskuteczne, a zasoby gospodarcze pozostaną nieracjonalnie rozłożone (zbyt dużo bezproduktywnego kapitały w nielicznych rękach).

Jako ekonomista zainteresowany praktycznymi szansami na implementacje swoich pomysłów Atkinson wie doskonale, że będzie wielki problem ze społecznym uzasadnieniem dochodu podstawowego. Zwłaszcza jeśli ma być on powszechny (czyli bez kryterium dochodowego). Wśród filozofów ekonomii często przywołuje się tu figurę „surfera”. A więc kogoś, kto ochoczo weźmie dochód podstawowy, ale przeznaczy go wyłącznie na oddawanie się indywidualistycznym przyjemnościom. Już na przełomie lat 80. i 90. spierali się o to Belg Philip Van Parijs i Amerykanin John Rawls. Atkinson staje po stronie tego drugiego, tworząc koncepcję dochodu partycypacyjnego.

Partycypacja społeczna staje się tu jedynym, ale fundamentalnym warunkiem otrzymywania dochodu podstawowego.

Co to znaczy partycypacja? Dla osób w wieku produkcyjnym to praca zawodowa. Nieważne, czy na etat czy na własnym. Ale także edukacja, trening czy aktywne poszukiwanie pracy. Do tego domowa opieka nad dziećmi lub osobami starszymi (w kapitalizmie przez rynek niedoceniana i wręcz sekowana). A nawet wolontariat w uznanych organizacjach pożytku publicznego.
Jego zdaniem taki dochód partycypacyjny jest lepszy niż opcja bezwarunkowa oparta na kryterium obywatelstwa. Lepszy – to znaczy mniej ekskluzywny i bardziej postępowy.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter