Groźba republiki?

Marcin Bogusławski

Warto zwrócić uwagę, że idee republikańskie bywają przeciwstawiane ideom demokratycznym*. Z takim stanem rzeczy mamy do czynienia na przykład w USA, gdzie dwie największe siły polityczne to Partia Republikańska oraz Partia Demokratyczna. W ramach tej opozycji z republikanizmem łączy się religijnie motywowany konserwatyzm światopoglądowy — sprzeciw wobec aborcji, legalizacji związków jednopłciowych czy dostępu do narkotyków, przyzwolenie dla kary śmierci etc. — oraz poparcie dla neoliberalnej wizji gospodarki. Tak rozumiane idee republikańskie są, jak sądzę, żywotne w Polsce od początku transformacji ustrojowej. Jak zauważa Ireneusz Krzemiński: „Politycznie bowiem polski liberalizm od początku deklarował się jako liberalizm sympatyzujący z konserwatyzmem.

Miał to być liberalizm «z nutką konserwatyzmu» […]. Nie ulega wątpliwości, że «polski liberalizm» ideowo-polityczny w małym stopniu prezentuje się jako liberalizm niezależny od tradycji katolickiej. Najwyraźniej stronnictwo polityczne, któremu nieustannie jako swojego rodzaju «skazę» wytyka się liberalizm, optuje na rzecz nie tyle liberalnego demokratyzmu, ile chrześcijańskiej demokracji, czy też — chrześcijańskiego Libero-demokratyzmu — jeśli przez «libero» rozumieć akceptację podstawowych reguł liberalnych, zrośniętych z powojenną wizją demokracji i zachodnią praktyką demokratyczną. Zakłada więc to akceptację praw człowieka i obywatela jako podstawy demokratycznego ustroju państwowego. Ale nachylenie, które sami zainteresowani nazywają konserwatywnym, a które w praktyce często oznacza raczej rodzaj nastawienia tradycjonalistycznego, nakazuje tę bazę współczesnych demokracji traktować w dość minimalistyczny sposób […].

  •  Tak doniosły w refleksji i praktyce liberalnej problem zdefiniowania na nowo sfery prywatnej i publicznej — w ogóle nie zajął polskich liberałów, przynajmniej z kręgów polityczno-opiniotwórczych”. Zajmował ich za to model gospodarki — tu jednoznacznie postawiono na zorientowany na grę rynkową i ryzyko model amerykański, który uznano za adekwatny do polskiej sytuacji kulturowej (por. J. Szomburg, Jaki kapitalizm?).

Z tak rozumianym republikanizmem wiąże się, moim zdaniem, tendencja do postrzegania społeczeństwa przez pryzmat zewnętrznego i obiektywnego porządku — czy to metafizycznego (religijnego), czy to wolnorynkowego, czy to „tradycyjnego” (republikanizm siłą rzeczy ciąży w stronę komunitaryzmu z jego nostalgią za utraconą wspólnotą).

Wiąże się to z istnieniem sił politycznych, które we własnym mniemaniu są wyrazicielem tego porządku, co pozwala im na zawieszanie mechanizmów działania państwa prawa i działania w ramach przeciwstawnego mu państwa rządowego, które — jak zauważa Carl Schmitt — „charakterystyczny wyraz znajduje w wysokiej osobistej woli iautorytarnym rozkazie rządzącej głowy państwa”. Innymi słowy, tak rozumiana idea republikańska niesie ze sobą zagrożenie dla demokratycznego państwa prawa i dla pluralistycznej wspólnoty.

Podporządkowując społeczeństwo regułom rzekomo nadrzędnego i obiektywnego porządku metafizycznego, tradycyjnego czy rynkowego dochodzi bowiem do wskrzeszenia zasady l’état c’est moi. Zagrożenie to wydaje mi się tym bardziej realne, gdyż zgadzam się z Alainem Touraine’em, że możemy obecnie mówić o „społeczeństwie programowanym”, czyli takim, w którym rządzenie jest skuteczne, dlatego że w niespotykanym wcześniej wymiarze posługuje się „przemysłem kulturowym” po to, by kształtować opinie, postawy, zachowania i osobowość aktorów społecznych. Stawką w politycznej grze staje się (ponownie) świadomość moralna aktorów społecznych, a odwołanie do zewnętrznego w stosunku do społeczeństwa porządku metafizycznego służy działaniom mającym na celu „obronę tożsamości” wspólnoty. Sądzę, że mamy tu do czynienia z maskowanym przez rządzących głębokim rozpadem obywatelskiej sfery publicznej (by odwołać się do „języka” Jürgena Habermasa). A więc z zanikiem ideałów republikańskich, które legły u podstaw nowoczesnej Europy.

Zgadzam się ze Stanisławem Filipowiczem, który twierdzi, że jednym z „najistotniejszych zjawisk nadających kształt epoce nowożytnej” była recepcja „klasycznego ideału republikańskiego”, w której wyniku formuła l’état c’est moi stała się groteskowa i nieaktualna.

Do wzorców republikańskich odwoływały się przecież dwie wielkie rewolucje — francuska i amerykańska. Wskrzeszeniu ideału państwa jako rzeczy wspólnej towarzyszyło przekształcenie poddanych w obywateli, dokonujące się pod egidą takich wartości, jak wolność, równość i braterstwo. Wiązały się z tym dwa ważne procesy społeczne, które opisuje Touraine. Pierwszym jest upodmiotowienie człowieka, czyli zwrócenia uwagi na to, ze ludzie są wolni i twórczy. Z procesem upodmiotowienia powiązana jest także koncepcja woli, jako odpowiedzialności za własne czyny, która winna leżeć u podstaw wszelkiego działania aktorów społecznych. Drugim jest racjonalizacja, czyli uznanie autorytetu nauki, który zastąpił autorytet religii, oraz zwrócenie się ku pragmatycznemu realizowaniu doczesnych celów społecznych (rozum instrumentalny). Procesy te pozostają ze sobą w dialektycznym związku — w którym sprzęga się ze sobą to, co „uniwersalne” z tym, co indywidualne i subiektywne. Jak sądzę, „naturalnym” efektem tych procesów, było odejście od kultury subordynacji i przejście do kultury partycypacji (S. Filipowicz). Akcent postawiony na wolności i równości ludzi podważył sakralną legitymizację władzy, która określonym aktorom społecznym nadawała status półboski. Państwo zaś zaczęło być (ponownie) rozumiane jako zdesakralizowana przestrzeń wspólnego życia tworzona w praktyce aktorów społecznych, Państwo stając się „rzeczą ludzką”

— opiera się na prawodawczej woli obywateli, przy czym przestrzeń prawa zostaje oddzielona od moralności, czy raczej różnych systemów moralności, oraz

— posługuje się mechanizmami osiągania racjonalnego konsensu i zawsze jest w trakcie „stawania się” — jeśli republiki nie charakteryzuje zewnętrzny wobec niej, wieczny porządek, musi być ona plastyczna, otwarta na zmiany związane z wyzwaniami, które przyniesie ze sobą przyszłość. Dlatego, jak słusznie zauważa Filipowicz, nowoczesna republika jest porządkiem z gruntu obcym katolickiej wizji porządku „natury”. Celnie wyraził to Pius XI w encyklice Ubi Arcano Dei: „Bo jeśli ludzie popadli w całe może nieszczęść, stało się tak dlatego że odpadli od Boga i Jezusa Chrystusa. Bóg i Jezus Chrystus usunięty z prawodawstwa i życia państwowego; władzy nie wywodzi się już od Boga, ale od ludzi — a jakie tego następstwa? Oto sam fundament władzy podkopany, skoro porzucona główna zasada, dla której jedni mają prawo rozkazywania, a drudzy obowiązek słuchania i osłabione podstawy prawa, skoro odrzuca się najwyższe prawa źródło, to jest odwieczne prawo Boże […] Stąd cały ustrój społeczny zachwiany, bo mu brak rzetelnego oparcia, a wystawiony na walki stronnictwa, dbających więcej o własny interes aniżeli o dobro Ojczyzny”. Można zatem, jak sądzę, zgodzić się z Filipowiczem, gdy twierdzi, że republikanizm widzi państwo jako przestrzeń, „którą stwarzają międzyludzkie kontakty”, relacje i interakcje. „Rozstrzygające znaczenie ma zdolność porozumiewania się; to dzięki temu ludzie mogą uznać «to samo prawo» i ocenić «pożytek wynikający ze wspólnego bytowania». Państwo jest więc — jak powiedzielibyśmy stosując modną terminologie — wspólnotą komunikacyjną. O jego istnieniu przesądza zgodność intencji i zamiarów nadająca spoisty kierunek poczynaniom pewnej zbiorowości”. Takie pojmowanie idei republikańskich legitymizuje funkcjonowanie ruchów społecznych, które — za Touraine’em — rozumiem jako działania aktora społecznego wymierzone w zawłaszczające republikę działania klasy rządzącej czy kapitału. Ruch społeczny nie jest przy tym wyłącznie kontestacją, ale musi być również pewnym projektem kulturowym legitymizowanym przez wartości ogólnospołeczne. Stawką działań aktorów społecznych jest właśnie realizacja tego projektu, na drodze której stoi przeciwnik społeczny. Ruchy społeczne dynamizują sferę publiczną, a rządzących czynią odpowiedzialnymi za takie regulowanie przestrzeni publicznej, które nie narzuca obywatelom jednej sztywnej wizji, a więc nie jest ucieleśnieniem zasady l’état c’est moi. *Zapewne powinien tu dookreślić te idee demokratyczne, np. jako deliberacyjne czy liberalne. Ale to kwestia do osobnego rozjaśnienia.

Marcin M. Bogusławski

Pierwsza publikacja: Rzeczpospolita Wolnomularska http://wolnomularstwo.info.pl/index.php/z-zycia-masonerii/item/431-m-m-boguslawski-grozba-republiki
Łódź, 21.04.2016 r., głos w debacie zorganizowanej przez Koło Naukowe Idea w Instytucie Filozofii UŁ

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter