Potrzeba inspirującej utopii

Tomasz Kozlowski

Każde społeczeństwo potrzebuje jakiejś sensownej wizji, którą można by realizować. Jakiegoś celu do osiągnięcia. Od kilku dni nie daje mi spokoju myśl wyrażona przez wybitnego francuskiego socjologa Alaina Touraine’a (po polsku ukazał się między innymi jego esej „Po kryzysie” – znakomite rozpoznanie przyczyn kryzysu ekonomicznego, który rozpoczął się w 2007–2008 r., wraz ze wskazaniem tego, co w życiu społeczeństw i państw wymaga zmiany). W książce „Critique de la modernité” pisze on, że wraz z procesem usuwania ponadspołecznych fundamentów moralności dobrem staje się to, co jest dla społeczeństwa doraźnie użyteczne. Jednostka podporządkowana zostaje prawu i obowiązkom, które mają sens utylitarny i funkcjonalny. Prawa i obowiązki stanowią zaś urzędnicy państwowi, którym przypisuje się rolę przekaźnika „woli powszechnej”.

Czym to skutkuje? Przykładowo, jeśli politycy obierają kurs neoliberalny, podporządkowany interesom korporacji i kapitału, będą stanowić takie prawo i wskazywać takie obowiązki, których realizacja służyć będzie działaniom rynków. Przy tym neoliberalne pojmowanie społeczeństwa pokazywane będzie jako „obiektywne”, w niektórych obszarach jako „naukowe”, a więc z trudem poddające się krytyce wychodzącej od innej wizji wspólnoty i ekonomii. Postulować będzie się także, by wszelkie błędy w działaniu systemu „leczyć” przez powrót do fundamentalnych zasad neoliberalizmu – wszelkie inne recepty pochodzić bowiem będą z odrzucanego poziomu „poza” czy „ponad” społecznego. Analogicznie będzie w przypadku polityków, którzy obiorą kurs nacjonalistyczny czy/lub religijno-polityczny.

Biorąc to wszystko pod uwagę, jestem skłonny – dzięki inspiracji Touraine’a – uznać, że faktycznie musimy odwoływać się do jakichś ponadspołecznych fundamentów moralności, by móc skutecznie obnażać i piętnować nadużycia neoliberałów, narodowców czy religijnych fundamentalistów. Jednocześnie musimy jednak pamiętać, że idea ponadspołecznych fundamentów moralności także może być niebezpieczna. Wykorzystują ją choćby fundamentaliści islamscy czy katolicy, dla których doktryna własnego wyznania jest jedynie słusznym źródłem praw regulujących życie społeczne. W swoisty sposób do ponadspołecznych (uniwersalnych, ponadhistorycznych) fundamentów życia wspólnotowego odwołują się również zwolennicy retrotopii, według których kiedyś w przeszłości społeczności żyły w sposób wzorcowy. W takiej perspektywie wszelkie mówienie o postępie wydaje się bałamutne, chodzi bowiem nie o progres, a o powrót do „starych, dobrych czasów”.

Inspiracją są dla mnie elementy tradycji chrześcijańskiej, o których mówił pewien pastor luteranin (miałem okazję słuchać go w radiowej transmisji nabożeństwa). Komentował on fragmenty Księgi Rodzaju, w których Bóg skazał Adama i Ewę na trudy opanowywania ziemi „na własną rękę”. Pastor podkreślał słusznie, że ta opowieść ma dla chrześcijanina sens tylko w perspektywie Ewangelii – opowieści o tym, że ludzie nie są skazani na indywidualne zmaganie z rzeczywistością. Wspomaga ich Bóg, co oznacza między innymi (to już mój dodatek), że ludzie powołani są do tego, by wspomagać siebie nawzajem. Jeśli drzewo krzyża jest życiodajne (w odróżnieniu od „śmiercionośnego” znaczenia drzewa, z którego Adam i Ewa zerwali owoc), jeśli Bóg jest z tymi, którzy karmią głodnych, pocieszają strapionych, nawiedzają chorych, wspomagają wdowy czy więźniów, jeśli Królestwo Boże już jest między nami w łączącej nas miłości, to właśnie te zasady solidarności międzyludzkiej, przeciwdziałania wykluczeniu, rozumieć można jako ponadspołeczne fundamenty moralności. Nie kierują nas one w stronę jakiejś idealnej przeszłości, ale zmuszają do patrzenia w przyszłość, która powinna być lepsza, bardziej wspólnotowa, mniej wykluczająca.

Nie sądzę jednak, że jedyną szansą na rozwiązanie paradoksu, o którym pisałem, jest „inspiracja religijna”. Wszystkich nas – niewierzących i wierzących w rozmaity sposób – połączyć może pewna doza myślenia utopijnego, a więc śmiałego w kreśleniu wizji lepszej przyszłości. Możemy tę lepszą przyszłość nazywać różnie – Polską fair, V RP, socjalizmem, braterstwem, demokracją… Nie o nazwy jednak tu idzie, a o wskazanie, jak odrodzić etos służby – drugiemu człowiekowi i naszej matce ziemi. A potem o to, by w imię takiej przyszłości nie bać się działać tu i teraz.

Autor: Tomasz Kozłowski

Tekst opublikowany w tygodniku „Faktycznie”, www.tygodnikfaktycznie.pl

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter