Moc pieniędzy, moc ludzi

Adam Cioch

Sile ciężkich portfeli może się przeciwstawić tylko siła wielu świadomych jednostek. Dodajmy – dobrze zorganizowanych i zdeterminowanych jednostek. Ogłoszono dane na temat nierówności na świecie. Wynika z nich, że ośmiu (8!) najzamożniejszych ludzi ma więcej pieniędzy niż 3,6 miliarda najbiedniejszych.

Innymi słowy – z punktu widzenia wartości majątku połowa ludzkości waży mniej niż ośmiu najbogatszych facetów. Facetów – bo tak się składa, że są ci najzamożniejsi to mężczyźni, głównie Amerykanie.

To proste zestawienie zadaje kłam wszystkim mitom kapitalizmu. Z tym najważniejszym, który głosi, że bogactwo jest nagrodą za pracowitość i przedsiębiorczość danej jednostki. Czy jest jeszcze na świecie jeden idiota, który wierzy, że tych ośmiu zamożnych pracuje ciężej i ma więcej zdolności niż 3,6 miliarda ludzi? Myślę, że nawet Korwin-Mikke nie zaryzykowałby absurdu takiego kalibru.

To małe, pouczające zestawienie mówi nam właśnie, że pracowitość i zdolności nic nie znaczą, a decydujące znaczenie ma spryt, koneksje, bezwzględność i mechanizmy kapitalizmu, które pozwalają legalnie okradać pracowników. Z tego biorą się właśnie wielkie fortuny. Trochę ma tu też do rzeczy położenie geograficzne, dobre urodzenie, a czasem – jak widać – także płeć. Nie są to rzeczy, które zależą od jakichś dobrych, prospołecznych cech charakteru, w co każe nam wierzyć kapitalistyczna mitologia.

A teraz pora na cytat z pewnego polskiego komentatora politycznego, który w kontekście sukcesów Putina (w Rosji) i Erdogana (w Turcji) stawia taką oto diagnozę: „Demokracja znowu cofa się przed siłami autorytarnymi, które doskonale wykorzystują jej mechanizmy dla utrwalenia mniejszej lub większej despotii. Cwaniacy nie boją się już wolnych wyborów. Gdy są pieniądze i dobry PR, każde wybory da się wygrać”. Bardzo cenię osobisty wdzięk, talent publicystyczny, a czasem także przenikliwość cytowanego wyżej komentatora. Tyle że akurat ten cytat nie dotyczy jakoś wyjątkowo Putina i Erdogana. Dotyczy on ogromnej części tego, co nazywamy demokracją liberalną czy też zachodnią. W ogromniej mierze te demokracje także są systemami autorytarnymi kierowanymi przez świat finansów, tylko są one udekorowane na demokracje i nie potrzebują wielkiej dozy brutalności. To prawda – cwaniacy nie boją się już wolnych wyborów. Bo wszystkie one są od dawna kupione. Nie dosłownie wprawdzie, ale de facto.

Oczywiście w tym przypadku stopień i forma tego autorytaryzmu ma ogromne praktyczne znaczenie. Bo jest ogromna różnica, czy mieszka się w Szwecji, czy w Turcji. Pod każdym względem. Podobnie jak różni się życie w nieco bardziej demokratycznej Szwajcarii i mało demokratycznej Rosji. Tam, gdzie ludność cieszy się nieco większym zakresem swobód i wpływów ekonomicznych, tam władza pieniądza jest mniej dotkliwa i brutalna. Tam natomiast, gdzie elity nie muszą się krępować, jest śmieciowe zatrudnienie, przemoc na ulicach i brutalność państwa.

Niestety, w tej dziedzinie sytuacja na świecie wydaje się pogarszać. Miliarderzy już nie muszą wynajmować sobie miłych panów o sympatycznej powierzchowności i zdrobniałych imionach takich jak Clinton, Blair czy nasz „Donek” Tusk – sami biorą się do rządzenia, czego przykładem jest Trump i jego bardzo zamożni koledzy z rządu USA.

Także w Polsce świat finansów wkracza bez skrępowania i zażenowania w sam środek polityki. Wicepremierem od gospodarki jest u Kaczyńskiego człowiek z elity bankowej. A jego głównym politycznym przeciwnikiem jest także człowiek z elity bankowej. Aha, rzecznikiem prasowym tego ostatniego jest… dziennikarz nagradzany przez banki. Kiedy PO przed rokiem zaczęła tracić poparcie, z braku innego wyjścia zrobiła kilka prospołecznych posunięć (np. likwidacja OFE) wówczas klasy rządzące zaniepokoiły się, że ich interesy są zagrożone. Założono nową partię biznesową, a ze studiów telewizyjnych nie wychodził bankier-polityk. Wiem od kolegi z dużej komercyjnej stacji telewizyjnej, że było zalecenie szefostwa, żeby go ciągle pokazywać. Wiadomo, że nie dla jego urody lub wątpliwej próby intelektu. Chodziło o to, że świat korporacji lansował „swojego chłopaka”. Tak, miał rację cytowany komentator, że jak są pieniądze, to da się każde wybory wygrać. Ale co mają robić ci, którzy tych pieniędzy nie mają? Czy są skazani na przemiał?

Niekoniecznie. Sile pieniądza można przeciwstawić siłę samoorganizacji. Ona już wygrała wielokrotnie w historii. Zatem to, czy nadejdzie bardziej sprawiedliwa, świecka i demokratyczna V Rzeczpospolita, zależy od nas. Czy damy radę, czy znów wygra Kościół i inne korporacje? To wspólne działanie zawsze zaczyna się tak samo – od prostego wspierania dobrych inicjatyw na różnym szczeblu. Do tematu oczywiście wrócimy.

Autor: Adam Cioch

Opublikowano w tygodniku „Faktycznie”, www.tygodnikfaktycznie.pl

a.cioch@tygodnikfaktycznie.pl

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter