Między dżumą, a cholerą…

Rafał Kinowski

Mechanizm przemieszczania się pracowników w krajach rozwiniętych jest z grubsza jasny, wraz z procesem industrializacji państwa, duża część zatrudnionych w przemyśle zmuszona była zatrudnić się w usługach. Powodem była automatyzacja – ludzi zastępowały coraz bardziej wydajne maszyny – lub globalizacja – wraz z przeprowadzką zakładu produkcyjnego do tańszej lokalizacji (często w innym kraju, na przykład w Chinach). Tak czy inaczej byli pracownicy zazwyczaj szukali posad w sektorze usługowym.

James Bessen – ekonomista z Uniwersytetu Harvarda – poddaje w wątpliwość tezę, że postęp technologiczny przyczynia się do utraty miejsc pracy. Analizując dane na temat zawodów od połowy XX wieku do lat obecnych, zauważył on, że poczynając od lat 80-tych rośnie ilość miejsc pracy, wymagająca użycia komputerów. Co więcej, po porównaniu listy zawodów z 1950 roku i obecnej, że z powodu automatyzacji zniknął z niej tylko jeden zawód: operator windy. Z bieżącego zestawienia ubyło też 5 posad z powodu zestarzenia się technologii (telegrafista) oraz 32 za sprawą braku popytu (dozorca internatu).

Bessen twierdzi, podpierając się raportem McKinseya, że automatyzacja jest zagrożeniem jedynie wówczas, gdy w pełni zastępuje dany zawód czy zajęcie. Częściowe przejęcie zadań przez maszynę otwiera z kolei nowe perspektywy przed pracownikami, które je dotychczas wykonywali, gdyż zazwyczaj wiąże się z rozwojem umiejętności.

Jest to, trzeba przyznać bardzo optymistyczny scenariusz. W przypadku szeregu produktów czy usług spadek ceny wytworzenia nie niesie za sobą wystarczająco dużego wzrostu sprzedaży, aby przyrost produkcji uruchomił większe zatrudnienie, jak to miało miejsce w przeszłości. Dziś wystarczy kolejny skok technologiczny, aby pokryć lukę popytową. Bez konieczności zatrudniania dodatkowych ludzi.

McKinsey w swoim raporcie zauważa, że postęp technologiczny w robotyce, sztucznej inteligencji czy uczeniu się maszyn jest na tyle szybki, że nie tylko pozwala automatom na wykonywanie szeregu rutynowych zadań fizycznych taniej i lepiej, w porównaniu z ludźmi, ale coraz częściej sięgają one po działania wymagające zdolności poznawczych, jak: kierowanie pojazdem, zestawianie faktów czy odczytywanie emocji.

Dzięki automatyzacji rośnie wydajność, co jest istotnym czynnikiem dla gospodarek o zmniejszającej się liczbie osób czynnych zawodowo. McKinsey przewiduje, że w najbliższych latach wzrost PKB krajów będzie zależał właśnie od zastosowania zaawansowanych technologii. Do tej pory produkt krajowy zwiększał się dzięki równemu wzrostowi zatrudnienia i rosnącej produktywności maszyn. W przyszłości – głównie za sprawą starzenia się społeczeństw – pierwszy czynnik straci na znaczeniu.

Podstawowym motorem napędowym gospodarek stanie się ekspansja automatów.
McKinsey – podobnie jak Bessen – utrzymuje, że dalszy postęp technologiczny może zlikwidować w ciągu najbliższych lat jedynie około 5% zawodów. W całości. Analitycy zakładają optymistycznie, że do połowy wieku automatyzacja obejmie 50% czynności, które obecnie wykonujemy w pracy. Rodzi to oczywiście konkretne zagrożenie dla stabilności zatrudnienia, ale pozostawi też szerokie pole dla pracowników, którzy przy współpracy z maszynami rozwiną nowe umiejętności.

Według założeń McKinsey’a rynek pracy czeka polaryzacja. Automatyzacja będzie sprzyjać powstaniu nisko- i wysokowykwalifikowanych miejsc pracy.
Ryzykownie brzmi za to teza, że ekspansja maszyn będzie szybka na poziomie mikro i powolna w skali makro. Oznaczałoby to, że poszczególne fabryki będą automatyzować miejsca pracy w znacznie szybszym tempie, niż cała gospodarka. Jest to oczywiście możliwe, gdyż rozwój technologiczny ma swoją inercję, ale może się okazać, że pozbycie się czynnika ludzkiego będzie tak dużą przewagą konkurencyjną, że spóźnialscy nie będą mieli czego szukać na rynku, jeśli nie podporządkują się ogólnemu trendowi.

Bardzo optymistycznie wybrzmiewa założenie McKinseya, że automatyzacja nie musi koniecznie generować masowego bezrobocia, gdyż starzejące się populacje będą potrzebowały każdej pary rąk do pracy. Rozumiem, że w społeczeństwach przyszłości na wagę złota będą, pogardzane dziś – i nisko wycenianie, funkcje opiekuńcze, które trudno scedować na maszyny. Choć nie jest to niemożliwe.
Z jednej strony – biznesowej – przyszłość wydaje się jasna. Przetrwają ci, którzy będą rozwijać kapitałochłonne technologie, kosztem ograniczania miejsc pracy. Z punktu widzenia polityki państwa sprawa już nie jest taka jednoznaczna. Szukając przewag konkurencyjnych dla krajowej gospodarki, nieodzowne są zachęty dla inwestycji w nowe technologie, aby nie odpaść z rywalizacji w cywilizacyjnym wyścigu. Jednocześnie trzeba budować osłony dla przeżywającego turbulencję rynku pracy. Nie tylko w postaci osłon socjalnych, ale też bardziej adaptacyjnej edukacji, która dotrzyma kroku procesom przemian rynkowych. Znając obecny model kształcenia zawodowego – szczególnie na wyższym poziomie, trudno sobie wyobrazić jak poważne zmiany czekają nas w tym zakresie.

Politycy, w dobie modnego dzisiaj izolacjonizmu, twierdzą, że za wysokim bezrobociem, niskim odsetkiem pracujących w ogólnej liczbie obywateli czy deficytem w państwowej kasie stoi globalizacja i wolny rynek. Wystarczy zamknąć granice oraz otworzyć stare hale fabryczne i – jak za dotknięciem czarodziejskiej wróżki – wróci okres prosperity i ogólnego zadowolenia.

Myślę, że niezwykle trudno jest dzielić włos na czworo i jasno rozdzielić zasługi, za obecny stan rynku pracy, pomiędzy globalizację i automatyzację. Spojrzenie na dane ze Stanów Zjednoczonych dużo mówi o realiach. Od początku lat 80-tych XX wieku, w ciągu ponad 35 lat z przemysłu zniknęło 6,5 miliona miejsc pracy (1/3 pierwotnego stanu), a jednak wydajność produkcji w fabrykach wzrosła o 150%. Trzy i pół dekady temu potrzeba było 25-ciu pracowników, aby wyprodukować towar wart 1 milion dolarów. Dzięki automatyzacji, komputeryzacji i sztucznej inteligencji, dziś wystarczy 6-ciu.

Szansa, by zawrócić część miejsc pracy, które „uciekły” do tańszych lokalizacji, poprzez zamknięcie granic dla zagranicznej produkcji jest więcej niż iluzoryczne.
Wolny rynek niewątpliwie sprzyja dużym, międzynarodowym graczom. Dzięki sieci zakładów, spółek zależnych i celowych, potrafią oni w szybkim tempie przenieść środek ciężkości z jednego kontynentu na drugi, również w tak mało istotnym szczególe jak obciążenia fiskalne. To biznes napędza przemiany technologiczne, na których traci – lub będzie tracił – lokalny rynek pracy. Jednak koszty zmian dostosowawczych – na przykład transformacja systemu edukacyjnego czy osłon socjalnych – poniesie budżet państwa, czyli mieszkańcy i miejscowi przedsiębiorcy, którzy mają małe szanse na konkurencję z ponadnarodowymi korporacjami.
Być może to nie globalizacja czy automatyzacja jest źródłem problemów, ale brak jednolitego, globalnego systemu podatkowego. Skupieni na wyborze pomiędzy dżumą, a cholerą nie dostrzegamy oczywistego rozwiązania.

Bill Gates zauważył jakiś czas temu, że opodatkowanie robotów, jest jedynym wyjściem dla świata post-pracy, aby utrzymać budżety państwowe. Obecna konstrukcja systemów fiskalnych skupia się na ściąganiu daniny z pracy. Dochody kapitałowe są obłożone w dużo niższymi stawkami, a często ich po prostu brak. Oba zjawiska, czyli automatyzacja i globalizacja zmniejszają pulę miejsc pracy w krajach rozwiniętych, tym samym redukując bazę podatkową. W świecie bez pracy nie będzie można ściągnąć daniny z zatrudnionych, trzeba będzie sięgnąć po opodatkowanie kapitału. Chyba, że kończymy z budżetami państwowymi…

Autor: Rafał Kinowski

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter